Mistrz zegarmistrzostwa. Ma w Krakowie ponad sto tysięcy klientów. Jak on to robi?

Reklama

ndz., 01/06/2019 - 11:56 -- zzz

Wisława Szymborska, Karol Strasburger i Andrzej Lepper. Wspólny mianownik? Znajdziemy go w malutkim zakładzie przy ulicy Basztowej, gdzie w każdym zakamarku kryją się zegarki.

 W tej niepozornej klitce Piotr Kowal naprawił już miliony zegarków (wciąż nie rozumiem, jak się tam mieszczą). To nie przenośnia – na jednego dyplomowanego zegarmistrza w mieście przypada potencjalnie ponad 100 tysięcy mieszkańców, a klienci są nie tylko z Krakowa. Niby wymierający zawód, a Kowal wcale na brak pracy nie narzeka. Do zakładu coraz częściej zaglądają młodzi.

I słusznie. Nie sztuka kupić zegarek w sieciówce albo na AliExpress. Większa frajda to wykopać go z rodzinnej szafy, wypatrzeć na targu staroci i nadać mu drugie życie. W tym właśnie pan Piotr jest mistrzem.

Piotr Kowal: 
Stary zegarek wykonany w sposób naprawdę dobry i precyzyjny nie może w żaden sposób konkurować z tandetą, która zalewa nasz rynek. Po paru latach trzeba je stawiać od nowa, podczas gdy te wykonane 60 lat temu wymagają tylko systematycznego przeglądu.

Jakość wykonania i trwałość to jedna rzecz. Znacznie bardziej ujmujący jest dla mnie obrazek mężczyzny, który po miesiącu odbiera zegarek po całkowitej renowacji. Patrzy na niego, siada na krześle i... płacze. Pamięta, jak ten zegarek wyglądał na ręce jego ojca. Dokładnie tak samo.

Piotr Kowal podkreśla:  "Mój zawód to magia. Bawię się czasem. Lubię niepowtarzalność. Bo tak naprawdę to nie ma dwóch podobnych napraw, choć wykonuje ich się przez lata miliony".

 

 

kultowy zegarmistrz

Pod lupą zegarmistrza bywają eksponaty jeszcze sprzed I wojny światowej. Ktoś je wykonywał przy lampie naftowej. Gdy już ślad po mistrzu zaginął, jego zegarek istnieje i pracuje dalej. Jak ten niezwykły budzik z napisami: prędzej, wolniej, czas. Niezwykły, bo choć urządzenie pochodzi z Francji i jest tamtejszej produkcji, słowa wyryte są po polsku. O budziku pan Piotr nie wie nic poza tym, że do Polski trafił po II wojnie. To jedna z największych bolączek zegarmistrza – że zegary nie potrafią mówić.

Po kilku dniach od wizyty w zakładzie zgubiłam swój plastikowy, "modny" zegarek. Atlantic dziadka w kolorze starego srebra wyszedł już od mistrza z Basztowej. Zwraca uwagę wielu osób, zwłaszcza tej najważniejszej. Mój tata urodził się dokładnie w tym samym roku w latach 50., w którym - jak się okazało dzięki Kowalowi - zegarek przypłynął ze Stanów do Polski. Mówi, że dziadek by się cieszył, widząc swój skarb na ręce wnuczki.

 

Mistrz swoją pracownie prowadzi w Krakowie przy ulicy Basztowej 16.

 

Autor: 
zzz
Źródło: 

liveinkrakow

video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama